sobota, 12 lipca 2014

Czy mi się uda?

Co roku na działce rodzą się małe kotki, bardzo często są chore. Obecny miot liczy 4 kotki i jeden ma początki kociego kataru. Bardzo chciałabym mu pomóc, wziąć do domu, ale również bardzo się boję, że mógłby zarazić mojego kocura. Ogólnie ogromnie chciałabym mieć drugiego kota. Wiem, że moja mama też, ciągle mówi, że jakby nasz kot nie był dla innych taki wredny to by wzięła. Owszem nasz kot jest wredny dla innych kotów, ale to jak 90% kotów, które spotykają obce zwierzę. Wiem, że koty nigdy nie są bff od samego początku xd To wymaga pracy, również opiekuna. Szczecińskie schronisko jak co roku w porze letniej zmaga się kryzysową wręcz ilością kilkumiesięcznych kociąt. Poupychane są w klatkach. Często w jednej klatce jest kilkoro kociąt. Chciałabym uratować jakiegoś kota. Muszę się dowiedzieć wszystkiego o wprowadzaniu do domu 2. kota i porozmawiać z mamą. Tu właśnie pytanie, czy mi się uda? Z jednej strony czuję, że mogłoby się udać, a z drugiej mam obawy, bo pewnie w domu się nie zgodzą. Cóż, nie dowiem się jeśli nie spróbuję. W sumie, to dla osoby, która schudła 32 kg nie powinno być więcej rzeczy niemożliwych :D

Byłam właśnie na tej działce, a tam, pyszne jagodzianki, jednak ja stwierdziłam, że będę silna i nie zjem, jednakże zajadając ochotę na tę jagodziankę zjadłam 4 ciastka zbożowe i popiłam koktajlem (jogurt, mleko, maliny,trochę banana). Brawo, jesteś słaba :) Mogłaś nie zjeść nic z tych rzeczy, stałoby Ci się coś? Nie, ale cóż, za głupotę się płaci, na przykład bólem brzucha ;_; Czemu boli? Bo przedtem zjadłam miseczkę pomidorówki z makaronem i kromkę ciemnego pieczywa. Brawo brawo brawo brawo - mnóstwo ironii.

Po kilku ładnych, letnich dniach nadszedł czas na ochłodzenie. Brrr.

Muszę czekać do poniedziałku aż będę w domu sama z mamą, wtedy z nią porozmawiam o kocie, a do tego czasu muszę się dowiedzieć jak najwięcej w tym temacie, żeby ( jeśli mama się zgodzi i wszystko się uda) zaoszczędzić stresu sobie, a przede wszystkim kotom. PS. w domu mam 2 - letniego wykastrowanego Kocura, w takim razie myślicie, że lepiej by było wziąć kocicę, czy kolejnego kocura?

Trzymajcie się :*

czwartek, 10 lipca 2014

Te upały mnie wykończą

Zimą całymi dniami dygałam z zimna, a teraz się rozpływam. Mimo to lubię lato. Teraz lepiej znoszę upały, bo kiedyś, gdy byłam dużo grubsza to nienawidziłam lata. Czekałam tylko na zimę, żeby móc schować się w swetrze. Ale powiem wam jedno, wiatraczek w pokoju naprawdę się przydaje. Mam taki mały za jakieś 20-30 zł, ale jak dla mnie wystarcza. Mam mały pokoik, więc nie potrzebuję nie wiadomo jak wielkiego wiatraka, wiatraczek taki tani, a przeżył upadek na podłogę, bo ciapa jestem i mi z rąk wyleciał jakieś dwa lata temu. Tak tak, nie dość, że zaliczył glebę to i przetrwał próbę czasu. To jego trzecie lato.

Wystarczy pierdzielenia o wiatraczku, bo to nic nie wnosi do waszych żyć :D W sumie nic z tego co tu piszę nie niesie jakichś głębszych treści, ale ciii. Pewnie jak dla wielu z was blog jest pamiętnikiem, tylko takim, który mogą czytać inne osoby, często są to osoby rozumiejące nas, dlatego piszemy o wszystkim i tak naprawdę o niczym. Przynajmniej ja.

Dzisiaj znowu byłam w Szczecinie. Prezent kupiony. Przyjaciółka pokupowała sobie różne rzeczy. Ja też mierzyłam szorty, ale niestety doszłam do wniosku, że moje uda się nie nadają, bynajmniej nie do tych. Czy to się kiedyś zmieni ? Eh, forever fat. Ale narzekanie nic nie zmieni dlatego poszłam dzisiaj biegać. Było to dosyć spontaniczne, bo o 20 zjadłam kolację, i ponieważ coś mi się pogmatwało ( nie ogarnęłam, że to już 20...) miałam nie iść. Jednak o 21 stwierdziłam, że się zbieram i idę. W głowie miałam tylko słowa "najtrudniej jest wyjść z domu i zacząć". Rzeczywiście, dlatego szybko się przebrałam i o 21:20 już biegłam. Biec skończyłam równo o 22. W drodze powrotnej nadgoniłam 3 minuty, ponieważ w stronę "od domu" biegłam spokojniej, przecież po jedzeniu nie odczekałam nawet 1,5 godz. Na trasie bardzo miłe zdarzenie miało miejsce. Inny biegacz, któremu raz pomogłam na tej trasie mówiąc mu gdzie dokładnie jest, bo drogi po prostu nie znał, przywitał mnie ( strasząc mnie przy tym, bo się go nie spodziewałam) i spytał, czy wszystko dobrze :D Taki drobny gest, niby nic nie znaczący, a jakoś przyjemniej się zrobiło. Uśmiech na twarzy i przyspieszenie, bo przecież czas mnie nagli. Koniec treningu, zostało do przejścia 20 m lasem, który znam od dzieciństwa, stchórzyłam, poszłam naokoło przez osiedle domków. Bałam się iść w ciemnościach,  bez telefonu przez las, nigdy nie wiadomo kto lub co tam może być. Nie chciałabym wpaść na kolejnego dzika, których u nas pod dostatkiem, a tym bardziej na żadnych leśnych imprezowiczów.

Ach, no dzisiaj akt silnej woli. Byłam z przyjaciółką na jedzonku. Wokół nas Mak, KFC, kebaby, pizze, burgery, a co sobie zamówiłam? Sałatkę z kurczakiem w stylu meksykańskim, nowość w Salad Story (uwaga, nie posądzać mnie o reklamę). Później miałam ochotę dokupić sobie jakiś sok, nie. Idziemy na kawę, z karmelem, bitą śmietaną, nie chcę jej, nie zamówiłam, wiedziałam, że dam radę. Usłyszałam od przyjaciółki, że dziwny ze mnie człowiek. Mam ochotę na coś zimnego, a nie biorę, gdy mam okazję. Dałam radę :) W domu dla ochłodzenia woda z lodem i cytrynką i domowej roboty mrożony jogurt z odrobiną jabłka. Taki substytut lodów, sporo mniej słodzony, bez żadnych sztucznych dodatków, wczoraj też jadłam, mniam, posmakował mi.

Na jutro nie zapowiada się zbyt wiele, muszę przejść się na drugi koniec tego mojego niby miasta, żeby kupić kotu jedzenie, bo to wybredny małpiszon jest i prawie nic nie chce jeść. Albo inaczej, jak już coś lubi to ma na to uczulenie, mówię o tej karmie, którą koty ponoć, by kupowały, gdyby mogły wybierać, także dla mojego królewicza muszę kupować jeden rodzaj karmy, a w dodatku najlepiej z dodatkiem warzyw, bo to zdrowy kot, który jest zakochany w pomidorach. A oprócz spaceru do sklepu i z powrotem, który mi się przyda, to jeszcze do dziadka.

Czy to normalne, że w dzień staram się jeść zdrowo i normalne ilości, a wieczorem nachodzą mnie myśli i chęci, żeby znowu nie jeść i przejść na sgd ? Wiem, że nie powinnam im ulegać, ale znowu mniej jem. Nadal są to dość normalne porcje, ale widzę, że mniej. Nie mogę się poddać, a tak poza tym to przepraszam, że nie udzielam się na waszych blogach. Czytam, ale staram się nie zagłębiać w temat, bo ciągnie mnie do powrotu. Niektóre blogi są dla mnie wręcz niebezpieczne i staram się ich unikać.

Teletubisie mówią dobranoc... czy jakoś tak. Trzymajcie się :*

środa, 9 lipca 2014

Burze

Burze, burze i jeszcze raz burze. Burzom towarzyszy potworny wiatr. Na osiedlu powyrywało drzewa z korzeniami. Nawet wczoraj stało się tak, że wielkie drzewo zwaliło się komuś na samochód. Zaraz potem rozległ się dźwięk syren. Straż pożarna. Słychać głośny i mocny grzmot. Ostatnie mocne wyładowanie. Burza się uspokaja, jeszcze przez resztę nocy daje o sobie znać, ale naprawdę delikatnie. Przez ostatnie 3 dni burze nie ustępowały. Biegać się niestety nie dało, bo w dzień po 32 stopnie, a wieczorem, kiedy można by było wyjść zaczyna grzmieć. Dzisiaj już się udało. Nie mam na myśli, że burzy nie było, ale i tak poszłyśmy z przyjaciółką. Miałyśmy iść do lasu, ale wiadomo, głupie nie jesteśmy i nie poszłyśmy biegać w otoczeniu drzew. Tuż przed wejściem do lasu zerwał się wiatr i było słychać grzmoty, cofnęłyśmy się więc na boisko szkolne. Tam trochę się poruszałyśmy i szczęśliwsze zwinęłyśmy się do domu. Moja twarz, czerwona jak burak... nie przesadzam, naprawdę taka czerwona.

Mama ciągle ma do mnie jakieś problemy. Codziennie mówi o tym, że ona w moim wieku w wakacje zawsze coś robiła i może ja też bym do kogoś podzwoniła i się poumawiała. Ale skoro ja postanowiłam w wakacje posiedzieć trochę w domu to co jej to przeszkadza. Jaki ona ma z tym problem. Nie ogarniam. Wiadomo, fajnie coś porobić, ale w domu też mam ochotę posiedzieć, no ludzie, to dopiero 2. tydzień wakacji. Nie tylko ja tak uważam, bo duża część moich znajomych decyduje się na to samo. Nie chcą nigdzie wychodzić, a jak już coś robią to beze mnie, jak miło :) Dzisiaj jednak byłam z przyjaciółką i jej kuzynką w Szczecinie. Zakupy, te sprawy :D Jutro też jadę, z inną przyjaciółką, musimy kupić prezent jej kuzynowi, który jest też moim kolegą.

Przez ostatnie 3 dni kiedy nie biegałam nie bardzo pilnowałam jedzenia. Nawet na obecną sytuacje, jadłam za dużo. Dzisiaj jednak już lepiej :)

Może słyszałyście, że w Szczecinie otwarto dopiero co odnowiony kompleks basenów. Takie kąpielisko. Nie wiem kto był taki "mądry" i zadecydował, że w lipcu wejście jest darmowe. Teraz za tę decyzję trzeba dużo zapłacić. W 2 tygodnie patolka, bo inaczej tych ludzi nazwać nie można, zniszczyła wiele obiektów należących do kąpieliska. Miasto będzie płacić. A trzeba było zrobić wejście chociażby za symboliczne 5-10 zł. Patolka by się zniechęciła, a Arkonka zaczęłaby na siebie zarabiać.

Ach, mówiłam już jak bardzo lubię letnie wieczory? :)

W piątek jedziemy do dziadka na kolację, a raczej taki późny obiad. Godzina 18. Szykuje się jakaś potrawka ze schabu o.O. No zobaczymy co z tego będzie. Potrawa ma tak dziwną nazwę, że nawet jej nie pamiętam.

A co tam u was? Trzymajcie się :*

niedziela, 6 lipca 2014

Odpoczynek

Dzisiaj totalnie luźny i wypoczynkowy dzień. Siedząc spokojnie nad jeziorem myślałam o tym, że zasługuję na taki dzień. Mimo tego, że nie planuję ćwiczeń, dzień nie jest zmarnowany. Czy podziałało? Nie wiem sama. Ale skoro dzisiaj odpoczywałam to na jutro mam już obmyśloną całkiem niezłą trasę, która w dużej części biegnie przez las. Dobrze, że mam do dyspozycji tyle lasów wokoło, bo ostatnio polubiłam bieganie właśnie w lesie.

Przełomowy dzień w moim życiu. Nad jeziorem wiadomo, kąpanie. Nie byle jakie, bo pierwsze w sezonie iii . . . pierwszy raz od baardzo dawna byłam w dwuczęściowym stroju. I o dziwo niezbyt przejmowałam się tym, czy podobam się innym, czy nie. Wiem, że nie mam idealnej figury i na razie szans na nią nie mam, bo nie czuję się gotowa na dalsze odchudzanie (w takim tempie w jakim działo się to dotychczas), ale wracając to tematu, pomimo mankamentów mojej figury czułam się całkiem nieźle. Może jeszcze nie do końca pewnie, ale nie było źle :) Ba! Jadłam przy ludziach nie przejmując się, czy uznają mnie za ohydną ( zawsze prześladowało mnie uczucie, że ludzie widzący mnie jedzącą nie patrzyli na mnie pochlebnie). Siedziałam sobie w moim stroju i spokojnie jadłam. Na końcu, czyli już po kąpaniu i po jedzeniu, gdy siedzieliśmy jeszcze sobie śmialiśmy się, z najzwyklejszych głupot. A z mamą to już w ogóle. Przypominałyśmy sobie żenujące i śmieszne sytuacje z mojego dzieciństwa. Jednak hitem wyjazdu okazała się sama miejscowość w której leniuchowaliśmy, a dokładnie jej nazwa. Stolec proszę państwa. Gówniany wypoczynek :) Na szczęście tylko z nazwy, bo dzisiejszy wypad zaliczam do bardzo udanych.

Nie wiem czemu, dzisiaj powrócił strach przed ważeniem. Boję się, a co jeśli utyłam? Ostatnio sobie jadłam, ale czy aby czasem nie za dużo ?
Tak wiem, takie uroki wracania do normalności. Decyzję o tym podjęłam w sumie niedawno i nadal mam w głowie ten moment, kiedy 1000 kcal to wydawało mi się tak dużo, myślałam, że nigdy nie dam rady tego przekroczyć chociaż bardzo tego pragnęłam. Szczerze, wiecie czemu nie liczę kalorii? Ponieważ boję się zobaczyć końcowej ich sumy. Boję się, że gdybym zobaczyła ich aż tyle to znowu zjeżdżałabym do 500 i niżej. Ale podstawowe pytanie, czy jeszcze bym umiała to robić? Potrafiłabym wytrzymywać głodówki? Naprawdę nie wiem, ale sądzę, że odpowiedź brzmi nie.

Zapewne znacie to uczucie po głodówce, kiedy budzicie się następnego dnia i wasze ciało domaga się jedzenia. Często kończy się to tak, że jeden dzień głodówki, a drugi dzień napadów i obżerania się ( wiem, że dla nas często nawet 600 kcal po głodówce to było obżeranie się). Nie wiem, czy któraś z was próbowała już podejmować walkę o oderwanie się od "pro ana", ale jeśli, któraś z was tego chce, to niech przygotuje się na to, że jest ciężko. Przynajmniej ja czuję się tak, jakby ktoś wypuścił bardzo wściekłą bestię, która domaga się swego. Wyrusza ona na polowanie. Cel jest jeden : jeść. O tak, nareszcie mogę jeść, zjem wszystko co pod ręką, co mi tam. Ciężko to zatrzymać. Utrzymanie kontroli jest prawie niemożliwie, ale kluczowe słowo : prawie.

Czasem, a raczej praktycznie zawsze, gdy o tym myślę, wydaje mi się, że jestem niewystarczająca, by chcieć pomocy. Jestem niewystarczająco chuda, przecież jest tyle chudszych dziewczyn. Też bym chciała taka być, wtedy pewnie bym komuś powiedziała, sięgnęłabym po pomoc, ale nie jestem chuda, więc pewnie tylko dramatyzuje i problemu jako takiego nie mam. Chude mogą przytyć, a nawet często jest tak, że muszą. Ja nie mogę.

Dam radę, przejdę przez to. Muszę. Pewnie już na zawsze zostanie we mnie coś co będzie kuło w serce kiedy za dużo zjem. Coś co krzyknie za plecami "za gruba!". Muszę to wyciszyć, nie słuchać tego. Zająć się tym co ważne.

Siedzę dzisiaj wieczorem i szklą mi się oczy. Nie wiem czemu, co się stało, ale dużo rzeczy wróciło. W tym właśnie strach.

Trzymajcie się :)

sobota, 5 lipca 2014

Zmiany

Spontanicznie wyszło, że mam nowy kolor włosów.
Może na zdjęciu nie widać, ale to czerwień granatu :P Na razie robione szamponetką, ponieważ bałam się, że głupio wyjdzie, a i tak wiem, że u mnie szamponetki trzymają się 2-3 x dłużej niż mówi producent. Tutaj kolor bardzo świeży, teraz odrobinę się spłukał, bo pierwsze mycie za mną. Musiałam umyć włosy po bieganiu, bo przy takim upale nieźle się spociłam. Wracając do tematu, ponoć dobrze mi w tym kolorze, w sumie mi również się podoba :)

Już trzeci dzień robiłam tę samą trasę. Luźną, niedługą, ale w połowie wiodącą przez las. Sprawdzam czas. Najpierw 22 min, później 18 min i dzisiaj 19-20 min ( nie spojrzałam w odpowiednim momencie na zegarek). 

Wczoraj też biegałam i jeszcze w badmintona grałam, a później jeszcze spacer z mamą. Nie mogłam się oprzeć bieganiu, bardzo to lubię, szczególnie po 19, kiedy w lesie przez drzewa przebijają się ogniste promienie słońca. Piękny widok. A dzisiaj miałam nie biegać, chciałam coś w domu poćwiczyć, ale później skończyło się na tym, że nic mi się nie chciało. Na szczęście oparłam się lenistwu. Zrobiłam rozgrzewkę, kilka razy machnęłam hantlami i w drogę! 
Natomiast nie mogłam się oprzeć chęci zrobienia przedbiegowego zdjęcia butów. Tak bardzo #swag :D Buty w bardzo stonowanych kolorach, w sumie dzisiaj myślę, że mogłam wybrać jakieś kolorowe, ale to i tak nie zmienia faktu, że są świetne. Bardzo je sobie chwalę, bo naprawdę dobrze mi się w nich biega. Kiedy je kupowałam, wiedziałam, że nie przestanę tak szybko biegać. Pamiętam słowa mamy przy rozmowie z ekspedientką, która również biega : " zobaczymy, mam nadzieję, że nie przestanie biegać już za tydzień". Wiedziałam, że się nie poddam, w końcu buty kupiłam za swoje pieniądze :P
Moje wczorajsze lody mmmm :) To te nowe lody Algidy, zebrowe wydanie :D Wkroiłam banana i dodałam borówek. No cudo. 
Wiecie co, nie wiem, czy tutaj należę. Chyba nie, ale wiecie co ? Chyba jest mi dobrze. Naprawdę, jest lepiej niż było :) Za dużo razy użyłam słowa "chyba", ups ;) No nic to, zdarza się. 

Powiem wam, że miałam dzisiaj taki moment, gdzie mogłabym stać w kuchni i jeść wszystko co wpadnie w ręce. Nawet poszłam dokupić mleko, żeby zrobić sobie mega słodką czekoladę do picia. Na całe szczęście skończyło się na tym, że mleko w filiżance, które zostało przygotowane do dodania czekolady, zostało wypite bez tej czekolady. Uratowała mnie kanapka z ciemnego bezwęglowodanowego chleba i żurawina suszona ( tak wiem, że żurawina to kalorie bla bla bla).

Jutro grill, za tydzień w niedziele znowu grill, a w poniedziałki ważenia. :)
Nie za dużo tu uśmieszków i w ogóle ?

Teraz już was zostawiam, dobranoc :) 




piątek, 4 lipca 2014

Lato

Na dworze gorąco, w domu również, gdzie się skryć?
Mam okropne zakwasy w udach. Wczoraj chciałam zrobić sobie lżejszy bieg, żeby zmęczone nogi, które ostatnio dawały z siebie wszystko mogły odpocząć. Zakwasy ponoć najlepiej rozćwiczyć, tak chciałam zrobić. Wybrałam krótszą trasę, ale cóż. Krótsza, więc pozwoliłam sobie biec szybciej. Czas na tej trasie poprawiony o jakieś 5-6 min. Tylu ludzi było na ścieżce. Biegali, jeździli na rowerach lub rolkach. Lubię takie dni. Wracając do tempa, pobiegłam za szybko i dostałam takiej kolki, że mało co nie fiknęłam na drodze, ale nie mogłam się zatrzymać, nie chciałam. Ucisnęłam palcem miejsce pod żebrami i lekko zawodząc biegłam dalej. Mina chłopaka na rolkach, który widział moje męczarnie bezcenna. Przypomniałam sobie o prawidłowym oddychaniu. Spokojne wdechy nosem i wydechy ustami. Pomogło.

Dzisiaj lekki odpoczynek, bo zamiast biegać, czy iść na nordic walking idę grać w badmintona z mamą.
Obiad zjedzony, a niedługo będę jeść lody z owocami. W poniedziałek ważenie. Czy się boję/martwię? Nie :) Jak dobrze jest być wolną.

Obiad był jak najbardziej zdrowy.
Domowy burger. W bułce schowany jest kotlecik ( robiony na grillu) obłożony sałatą i kiełkami oraz polany sosem zrobionym z jogurtu naturalnego, niskokalorycznego keczupu i czosnku. Wiem, że jak to zobaczycie to pewnie wasze myśli popłyną do krainy kalorii. "Ile to ma kalorii!", ale ważne, że mi z tym dobrze. Nie liczę kalorii, bo pewnie jakbym zobaczyła ostateczną ich liczbę to wpadłabym w panikę.

Trzymajcie się :*

wtorek, 1 lipca 2014

Nowy miesiąc

Dopiero co witałam czerwiec. Heh, jak ten czas szybko płynie.
Lata niestety nie widać, pogoda średnia.
W ostatnich dniach wrócił mi okres. To oznacza, że moje starania idą w dobrą stronę. Cóż, mimo tego, że w tym miesiącu okres minął inaczej niż zwykle, jakby taka wersja demo xd 2 dni i po krzyku, gdzie zazwyczaj było to nawet 5 dni.
Przez te kilka dni jadłam normalnie, starałam się nie liczyć kalorii, ale jeść tyle, by pozostać ze sobą w zgodzie. Nie jest łatwo, bo coś w głowie ciągle próbuje liczyć i mówić mi co mam robić, ale ja tego nie potrzebuję. Jakoś specjalnych ćwiczeń też nie było, ale ogólnie ruch był. W niedziele na działce pomimo brzydkiej pogody zbieraliśmy warzywa i owoce. Fajne chwile spędziłam jedząc borówki, groszek i truskawki prosto z krzaka. Wiem, że mama lubi takie dni ze mną, powiedziała mi o tym :) Jak na razie waga się utrzymuje. Chyba najpierw muszę ją ustabilizować, ponieważ tycie nie jest mile widziane. Dopiero, gdy wszystko ustabilizuje i z powrotem ogarnę to będę brać się za diety. Chociaż w sumie to nie chcę być całe życie na diecie. Dlatego to nie będzie dieta, to będzie po prostu normalny styl życia. Najpierw muszę sobie wszystko poukładać, bo ( i tu właśnie uciekła mi myśl, chyba będę żyć w niepewności, bo nie wiem co chciałam napisać). Hahah. Jednym słowem zrozumiałam, że nie chcę tak dłużej. Nie chcę na zakupach myśleć tylko o jedzeniu, kaloriach i o tym, czy i jak schudnę. Dosyć tej paranoi. Teraz będę robić wszystko dla przyjemności. Postaram się sama sobie poradzić.
Dzisiaj pod wieczór idę biegać. Będzie fajnie. Jeszcze tylko 2 piosenki na mp3 muszę przerzucić.

Nie wiem jak często będę pisać. Bywa tak, że potrzebuję czasu. To na pewno nie jest nasze pożegnanie, ale chyba będę pisać rzadziej.

Jutro idę do fryzjera. Ciekawe jak to się skończy. Wszystkie dobrze wiemy jak to wygląda, gdy się je po 300 kcal dziennie. Włosy ( i nie tylko) słabną. Kiedyś długie, gęste blond włosy, dzisiaj są bardzo przerzedzone i oklapnięte. Aż wstyd się z takimi pokazać.

Trzymajcie się.

Bilans bez liczenia kalorii:

- owsianka z odżywką białkową
-resztka kalafiora, który jadłam wczoraj
-1 naleśnik z chudym twarogiem, domowym dżemem i owocami
-banan
-gryz sałatki, 1 kanapka z ciemnego chleba bez węglowodanów z szynką drobiową i pół serka wiejskiego

Jest okej, kusi mnie, żeby policzyć . . .

Biegłam, biegłam i było cudownie. Starałam się napatrzeć na widoki. Nacieszyć się nimi, zawsze tak robię. Tak jakbym chciała się napatrzeć na zapas. Piękne zachodzące słońce między drzewami. Dzisiaj nie tylko ja korzystałam z ładnej pogody, tak tak, pod wieczór zrobiło się całkiem przyjemnie. Dużo osób biegało, jeździło na rowerze, na rolkach lub po prostu spacerowało. Ja dzisiaj biegłam z koleżanką, z którą biegałam zimą. Powiem jedno, jej wytrzymałość mocno podupadła... a może to moja wzrosła, a jej się nie zmieniła? Możliwe. W każdym razie, jestem z siebie zadowolona.